Moja historia jest całkiem zwykła. Wiem, bo przeczytałam tysiące podobnych na forach internetowych. Wiem też, jak trudno jest opowiadać o piekle, którego się doświadczyło. Wiem, czy jest strach przed byciem ocenianym przez tych, którzy nigdy nie zaznali przemocy ze strony ukochanej osoby. Wiem, jak trudno innym uwierzyć, że pod taflą iluzji kryje się zło.

Wyszłam za mąż z miłości. Przed ślubem znaliśmy się dwa lata. Znajomi pytają mnie często jak to możliwe, że przez te dwa lata niczego nie wyczułam, nie zauważyłam. Dlaczego nic mnie nie zaniepokoiło? Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Naprawdę, uwierzcie mi, nie widziałam w naszej relacji niczego niepokojącego. Mój partner był czuły, troskliwy, pewny swoich uczuć. Zdecydowany spędzić ze mną życie. Wielokrotnie razem wyjeżdżaliśmy na kilka dni. Z czasem zamieszkaliśmy razem. Nic nie wskazywało na to, że jest porywczy, zaborczy, skłonny do użycia przemocy. Dziś uważam, że świadomie dobrze się maskował. Złapał mnie w pułapkę.

Wszystko zmieniło się tydzień po ślubie. Pojechaliśmy na kilka dni w góry, w polskie Tatry. Jedliśmy śniadanie w hotelu, kelner przyniósł kawę. Wkładając łyżeczkę do wysokiej szklanki rozlałam kilka kropel na stół. Podniosłam wzrok i zobaczyłam twarz czerwoną z wściekłości, potem krzyknął coś i po prostu wyszedł. Znalazłam go w naszym pokoju. Rzucił tylko, że wszystko zepsułam. Nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Ukarał mi wielogodzinnym milczeniem. Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, nie wracając do tematu, planował górskie wycieczki nucąc naszą ulubioną piosenkę.