Nie od dziś wiadomo, że przedstawiciele nauk ścisłych i humanistycznych są jak dwa sąsiedzkie plemiona, które nie za bardzo się rozumieją i nie zawsze lubią. Bywa, że żyją ze sobą jak filmowy Kargul z Pawlakiem. Inżynier patrzy na humanistę nieco z góry, a ten ostatni nie pozostaje dłużny. Czasem mówią tak różnymi językami, że nie mogą się porozumieć. A może jednak ich współpraca przyniosłaby wszystkim korzyści?

Nie mam najmniejszego zamiaru dowodzić, iż nauki ścisłe są „bardziej naukowe” od humanistycznych czy też przeciwnie, że te ostatnie górują nad pierwszymi, gdyż wnikają w tajemnice człowieka i dorobek ludzkiej myśli i czynów. Byłoby to zadanie podobne do tego, które zawarł kiedyś w tytule swoich żartobliwych felietonów „o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy” satyryk, samozwańczy „profesor mniemanologii stosowanej”, Jan Tadeusz Stanisławski.

Pozostawmy zatem na boku ten odwieczny spór. Faktem jest to, że obie te dziedziny operują innymi metodami i odmiennym językiem w badaniu rzeczywistości. Mówiąc np. o miłości, psycholog (jak i poeta) chętnie używa takich słów, jak „namiętność”, „intymność”, „uczucie”, podczas gdy neurobiolog w odniesieniu do tej samej kwestii woli mówić o reakcjach biochemicznych w mózgu i zmianach poziomu hormonów w organizmie zakochanej osoby. Te dwa podejścia nie są ze sobą sprzeczne, ale przeciwnie – dopełniają się.