Zaglądam w lustro i widzę ją. Tę cienką, smukłą ryskę nad brwią. Nie jestem pewna, czy była tam wczoraj, nie wiem, czy widziałam ją już tydzień temu. Czy zmarszczki powstają z dnia na dzień? Rozum podśmiewa się ze mnie: A czego się spodziewałaś, tuż po czterdziestych urodzinach? Ale serce nie zaprzecza, nie wypiera się tej zmarszczki. No skoro już jest, to trzeba ją przywitać i pokochać, prawda?

Moja mama miała w pracy koleżankę, która szczyciła się gładką cerą przez długie lata. Coś za coś. Jej twarz, wiecznie młoda i szlachetna, nie wyrażała prawie żadnych uczuć. Nie uśmiechaj się! – zwracała uwagę młodszym koleżankom – Od uśmiechania się robią się fałdy przy nosie. I bruzdy przy górnej wardze. Nie marszcz się, nie zamyślaj, bo stracisz kontrolę nad swoją mimiką. Nie czuj, nie reaguj, nie przeżywaj!

Sama nie wiem, jak jej się udało przez tyle lat kontrolować ekspresję twarzy. A co z relacjami z innymi ludzmi? Czy, kłócąc się z bliską osobą, ani na chwilę nie straciła panowania nad mięśniami wokół oczu? Czy przytulając bratanicę, nigdy nie uśmiechnęła się szeroko, tak, że tuż przy ustach pojawiły się dwie kreseczki? Czy tracąc ukochaną mamę, nie wylewała łez, zaciskając powieki?… A może poznała sekret wiecznej młodości?