Juliana nigdy dotąd nie aresztowano. Gdyby miał opisać swoje oczekiwania na podstawie zasłyszanych relacji, odbyłoby się to właśnie tak, w nieuporządkowanej i wybuchowej sekwencji: przekleństwa i wyzwiska; uderzenia rękojeściami pistoletów po całym ciele, zwłaszcza w czoło, kości policzkowe, ramiona, brzuch i jądra. Potem podeszwa buta – bieżnik nabrał pełno błota – wciskająca się w usta i policzek, uderzenia i przygniatanie pleców kolanem, ręce przyciskające tak mocno, jakby chciały go wprasować w ziemię, a wszystko spotęgowane przez zimno, suche i przenikliwe zimno, które wślizguje się między zęby, sprawia, że oczy łzawią i drętwieją uszy.

Julian rozluźnia mięśnie, zwiotczałe ramiona opadają mu jak pluszowej zabawce. Pozwala się zakuć w kajdanki, ręce trzyma na plecach.

„Pospieszcie się i skończcie”, chciałby powiedzieć policjantom. Chciałby się też uśmiechnąć, uświadomić im, jak niedorzeczna jest ta ustawka: on nigdy nie tknął swoich ofiar nawet palcem. Zawsze eliminował je z dystansu.